Tecumseh

SKĄD TEN DYM?

Zapadał wieczór. Rozlegfy widnokrąg na zachodzie płonął wszystkimi odcieniami czerwieni, aż wreszcie zgasł. Krótko srebrzył się jeszcze daleki pas nieba, a noc gęstniała z każdą chwilą intensywniej.Jeźdźcy wjechali na łagodne, szeroko rozpostarte wzgórze. Za­trzymali mustangi.Nie dojedziemy do tipi Odżibwejów, musimy tu zanocować powiedział Tecumseh i zeskoczył z konia.Możemy jechać nocą.Możemy, ale jaką mamy gwarancję, że nie ominiemy wios­ki?Ogniska…Ogni przed nami nie widać, a smużki dymu zmieszały się z czernią nocy — rzucił wódz Szawanezów. — Zresztą będzie lepiej, jeśli zawitamy do Odżibwejów rankiem. A może dostrzeżony dym nie pochodził z obozowiska Odżibwejów? ‚

NIESAMOWITA CISZA NOCY

Ryszard zeskoczył z siodła. Masz rację, wodzu.Uzbierali dużą stertę zeschłych traw i badyli. Skrzesali ogień, i W małym zagłębieniu terenu zatańczyły ruchliwe płomienie. Rozłożyli derki i wygodnie wyciągnęli się w pobliżu ogniska. Podróżni nie sięgnęli po króliczą pieczeń, którą wieźli w torbach. Trawiące ich od paru dni pragnienie sprawiło, że nie byli zdol­ni do przełknięcia ani jednego kęsa suchego pokarmu.Spij, biały bracie, zbudzę cię po północy — rzekł Tecum­seh.Dobrze — powiedział Kos. Podłożył ręce pod głowę i zam­knął powieki. Ale sen nie przychodził. Niesamowita cisza zala­nej nocą prerii jakimś dziwnym ciężarem leżała na jego .piersi. Gniotła, niepokoiła, spędzała z oczu sen. Gdzieś daleko zabrzmia­ło przeciągłe, jękliwe wołanie kujota.

BEZSENNOŚĆ RYSZARDA

Podobne było do spazma­tycznego płaczu przerażonego dziecka. I znowu cisza, koszmarna, nie zmącona nawet powiewem wiatru cisza rozległej prerii. Kos przewrócił się na bok. Usiłował zasnąć. Wiedział, że nic mu nie g’rozi. Grzechotnik nie podpełznie do obozowiska, kńjoty nie za­atakują śpiącego, bo płonący ogień, napawa ich przerażeniem. Od innych niespodzianek uchroni czuwający Tecumseh i parskanie czujnych mustąngów. A mimo to jakieś trudne do określenia uczucie opanowało serce Ryszarda. Nie była to pierwsza noc spędzona przez niego na prerii. Zawsze jednak, ilekroć przyszło mu spać na stepie, nie mógł przyzwyczaić się do tej niesamo­witej, idealnej wprost ciszy. Brakło mu plusku płynącej rzeki, szumu wysokich drzew puszczy, gwaru ludzkich osiedli… Toteż prawie nie zmrużył oka.

KORZYSTAJĄC Z PORANNEGO CHŁODU

Korzystając z porannego chłodu ruszyli lekkim kłusem. Uje­chali z dziesięć mil, gdy obaj dostrzegli wyraźne smugi dymu. Sączyły się w niebo równiutko niby siwe sznurki łączące wysoki ; błękit z ziemią. Konie przyśpieszyły biegu, ich nozdrza porusza­ły się niespokojnie. Czują wodę — powiedział Szawanez.Jechali rozległym stepem, równym jak stół. Pofałdowana łagodnymi pagórkami preria pozostała poza nimi. Przed ich oczyma aż po daleki horyzont rozciągała się pusta i płaska przestrzeń. Konie rwały wyciągniętym galopem. Kopyta biły głucho o wyschniętą i popękaną ziemię.Smugi dymu, jakby uczepione nieba, stawały się coraz lepiej widoczne, ale nigdzie ani śladu indiańskich chat, tylko wciąż jf; ta sama brunatnożółta roślinność prerii.

STADO NA ŁĄCE

Mustangi szły naprzód. Słońce ociężale pięło się ku szczytowi nieba. Znowu skwar począł dokuczać jeźdźcom. Nagle Tecumseh zdarł cugle konia. Ryszard poszedł w jego ślady. Stali obok siebie, zaskoczeni widokiem. Przed nimi teren urywał się gwałtownie, odkrywając rozległą dolinę o soczystej roślinności.W środku obszernej niecki srebrzyła się w słońcu woda jeziora, i a nad jego brzegami stały wzorzyste i barwne stożki skórzanychI tipi. Na zielonej łące pasło się stado mustangów, a przy nichbaraszkowała gromada dzieci. Wśród namiotów kręcili się ludzie. Odżibwejowie — powiedział Kos, a uśmiech zadowolenia i okrasił jego opaloną na brąz twarz. Już nas dostrzegli, spójrz! — rzucił Szawanez, kierując wzrok na zbocze doliny.

MACHAJĄCY RĘKOMA INDIANIN

Rzeczywiście, o kilkaset metrów od nich z bujnych traw podniósł się rosły Indianin i rękoma sygnalizował coś mieszkańcom wioski. Potem znowu znikł w zieleni,Jedziemy! — zawołał Tecumseh.Zjechali po dość stromym zboczu, potem przecięli łąkę i skie rowali konie w stronę wsi. Nikt nie wychodził ich witać. Nie| wzbudzili żadnego zainteresowania, choć wiedziano już o ich pojawieniu się.Odżibwejowie nie mieli powodów do okazywania niepokoju,Krąg wartowników czuwających wokół doliny dostrzegłby nie bezpieczeństwo. Dwóch samotnych jeźdźców, jawnie zbliżających się do wioski, nie mogło zagrozić parutysięcznej siedzibie odżibwejskich wojowników.

PRZEKLĘTY ANGLIK

Tecumseh i Kos minęli stado pasących się koni. Niektóre  z nich miały na sobie uprząż, jakiej używają do siodłania biali. Dwaj przyjaciele spojrzeli na siebie, odgadli, do kogo muszą te konie należeć. Wjechali pomiędzy tipi i zeskoczyli z mustangów. Poszli wprost pod namiot wodza. Zdawało się, że nikt iche wsi nie dostrzega. Jedynie czasami tu i ówdzie podniosła się skórzana zasłona przy wejściu do tipi, skąd patrzyły na przy- j byszów ciekawe oczy kobiet. Mijali właśnie okazały namiot, gdy z jego wnętrza doleciała ich uszu angielszczyzna. Kos zwolnił kroku. W tipi ktoś mówił:Ten przeklęty Anglik może pokrzyżować nasze plany.Licho go tutaj przyniosło.Nie denerwujcie się, generale. To niegroźny przeciwnik…dudnił bas jakiegoś mężczyzny.

SOJUSZNIK

Ryszard spojrzał w oczy Tecumseha,- powiedział: Słyszałeś, wodzu?Tecumseh słyszał. Oprócz naszych wrogów do wioski Odżib- wejów przybył wojownik Agolaszima.Prawdopodobnie.To nasz sojusznik…Przecięli obszerny plac i znaleźli się przed tipi naczelnika. Nim zdążyli dojść do wejścia, rozchyliły się mistefnie haftowane skóry i wyszedł im naprzeciw wysoki, muskularnue zbudowany Indianin.Witajcie w wiosce Odżibwejów — powiedział gościnnie. — Wody i jadła wam tutaj nie zbraknie.Witamy przyjaciół Odżibwejów — odparł Tecumseh i poło­żył prawą dłoń na sercu. Kos uczynił podobnie. Jeżeli chcecie zatrzymać się dłużej — mówił Odżibwej wskazując ręką — zajmijcie tamto tipi

GOŚCINNOŚĆ PLEMIENIA

  • Nasze squaw przyniosą wam zaraz posiłek, a końmi zajmą się młodzi wojownicy. Dziękujemy gościnnym Odżibwejom — podjął Szawanez — ale nim skryje nas cień tipi, a woda zwilży spragnione gardła, musimy widzieć się z mądrym i wielkim wodzem Odżibwejów.Wojownik jakby wahał się. Po chwili powiedział:Jestem Drapieżny Wilk. Wielki mój ojciec przyjmie was jutro. Dzisiaj musi wysłuchać posłów bladych twarzy.Mądrość znana jest nawet w puszczach nad daleką Niobrarą, że wódz Szawanezow, Tecumseh, i jego brat, Czerwone Serce, przy­byli do Odżibwejów z tajnym poselstwem. Nim Snet-tis-hane wysłucha Agolaszima i Długie Noże, najpierw niech otworzy uszy na słowa Skaczącej Pumy.